Olivier pojawil sie w jadalni, gdy dzieci konczyly obiad. Jego wejscie wywolalo
radosne poruszenie, jakby dobry humor wychowawcy udzielil sie grupie. Olivier
lubil zartowac z dziecmi, ale w przeciwienstwie do Joëla nie wysmiewal
sie z nich, tylko staral sie je rozweselic. Gruby, sniady Damien podsunal mu
pólmiski, na których zostalo jeszcze sporo jedzenia.
- Moze jestes glodny? – zagadnal, usmiechajac sie chytrze.
- Alez nie, bynajmniej! Juz jadlem – zapieral sie Olivier, ale nie byl
w stanie oderwac lakomego spojrzenia od stolu.
- Daj sie skusic – namawial inny chlopiec podajac talerz z kawalkami pieczonego
kurczaka.
- Ziemniaki z sosem sa przepyszne – zachwalal Damien nakladajac wychowawcy
solidna porcje.
- Dobra, skoro tak wam zalezy... Zjem troche, ale tylko dla towarzystwa –
krygowal sie Olivier.
Jordan przyniósl salaterke z zielenina.
- Troche salaty, zeby latwiej wchodzilo!
Pawel obserwowal w milczeniu jak wychowawca pochlania cale jedzenie, które
zostalo na stole. Nie mógl wyjsc z podziwu, ze ten chudy czlowiek jest
w stanie zjesc az tyle. Wreszcie Olivier z blogim westchnieniem odsunal pusty
talerz.
- No, teraz czuje sie jak nowo narodzony! Co wy na to, zeby przed kapiela pograc
w kosza?
Propozycja wywolala entuzjazm. Wszyscy zerwali sie z miejsc.
- Lece po pilke! – wrzasnal Maly Piotrek biegnac korytarzem ile sil w
nogach.
Przez cala droge na boisko Pawel nie odstepowal Oliviera na krok. Wychowawca
domyslil sie, ze chlopiec ma mu cos do powiedzenia.
- No, jak tam, Pawel? Jak ci minal pierwszy dzien wsród nas? –
zagadnal, lecz tamten wzruszyl tylko ramionami.
- Wiem, ze jest ci ciezko, ale nie mozesz sie tak w sobie zamykac. Musisz byc
dzielny!
- Przyszedl list od babci – powiedzial chlopiec po chwili.
- Widzisz? Mówilem, ze Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
- Tylko ze pan dyrektor nie chce mi go dac do przeczytania. Prosilem Sophie,
zeby mi go pokazala po kryjomu, ale sie nie zgodzila. Boi sie, ze jak ja zlapia,
to wyleci z pracy.
Wychowawca pokiwal glowa w zamysleniu.
- Ty bys sie nie bal, prawda? – spytalo naiwnie dziecko, patrzac na mezczyzne
z nadzieja.
- Masz racje, nie balbym sie – odpowiedzial cicho.
- Jest w jego biurku, w pierwszej szufladzie. Taka zielona koperta. Na wierzchu
jest moje nazwisko...
- Wiem, jak sie nazywasz – przerwal Olivier.
Nadbiegl Maly Piotrek z pilka. Wychowawca poslal go na boisko obiecujac, ze
niedlugo przyjdzie. Potem usiadl na lawce naprzeciwko Pawla, który wpatrywal
sie w niego pelen nadziei. Spojrzal na chlopca oczyma brazowymi jak laskowe
orzechy.
- Nie zrobie tego – jego glos byl lagodny, ale stanowczy.
- Nie pomozesz mi? – wyjakal zdumiony Pawel.
- Nie. Z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, ze pan dyrektor mi ufa.
Gdybym to zrobil, zawiódlbym jego zaufanie. Po drugie, dokumenty, które
trzyma w biurku, sa poufne. Nikt oprócz niego i sekretarki nie ma prawa
ich czytac. Mnie tez nie wolno ich ruszac. No i jest jeszcze trzeci powód.
Jesli zrobie to, o co mnie prosisz, dam ci zly przyklad. A moim zadaniem jest
wychowywac, wiec powinienem byc wzorem postepowania.
Pawel grzebal w ziemi czubkiem buta. Zacisnal zeby, zeby nie pokazac jak bardzo
jest rozczarowany. Byl pewien, ze Olivier jest po jego stronie, a on najwyrazniej
tez stchórzyl.
- Przeciez nie ukradniesz tego listu – podjal kolejna, rozpaczliwa próbe.
– Tylko mi go dasz na chwilke, zebym przeczytal, a potem szybciutko odlozysz
na miejsce. Nikt cie nie zobaczy!
Olivier pokrecil glowa.
- Mylisz sie. Ktos mnie zobaczy.
- Ale kto? Przeciez w nocy w biurze nikogo nie ma.
- Bóg zobaczy. A to jest dla mnie najwazniejsze. Wszystkich móglbym
oklamac, ale On zawsze bedzie znal prawde. Wiem, ze cie zawiodlem, ale nie wykradne
listu, nawet jesli przez to przestaniesz mnie lubic. A teraz chodz, zagramy
ze wszystkimi w kosza.
Zrezygnowany Pawel powlókl sie niechetnie na boisko, gdzie toczyla sie
juz zazarta gra. Dolaczyl do jednej z druzyn i szybko wciagnal sie do zabawy,
zapominajac o rozmowie z Olivierem.
Przejal pilke od Jordana i pobiegl w strone kosza przeciwników. Nagle
poczul silne uderzenie i stracil równowage. To wpadl na niego Adrien,
walac go z calej sily lokciem w bok.
- Z drogi, smarkaczu! – warknal wyrywajac mu pilke i przewracajac na ziemie.
To byla jego zemsta za poprzedni wieczór.
Olivier zagwizdal, zeby przerwali gre. Podszedl do Pawla, który ciagle
jeszcze lezal na ziemi. Bardzo bolalo go kolano.
- W porzadku, kolego? – spytal, pomagajac chlopcu wstac.
- Boli – odpowiedzial krzywiac sie.
- Koszykówka nie jest dla cieniasów! – szczeknal Adrien.
Olivier nie odpowiedzial. Cala uwage skupil na lezacym chlopcu. Delikatnie sprawdzal,
czy noga nie jest zlamana. W koncu, uspokojony, wyslal Pawla do lazienki, zeby
obmyl zadrapania. Dopiero wtedy zwrócil sie do duzego chlopaka.
- Adrien! - powiedzial surowo – koszykówka jest sportem. A w sporcie
licza sie reguly. Najwazniejsze nie jest to, ze wygrales, tylko to, jak grales.
Rozumiesz?
- Jasne, znam na pamiec te gadke.
- Teraz zejdziesz z boiska na dziesiec minut. Niech cie to czegos nauczy!
Adrien usluchal z ociaganiem. Znal Oliviera i wiedzial, ze buntujac sie nic
nie wskóra.
Tymczasem Pawel konczyl myc zdarte kolano. Byl wsciekly. Zanim stad wyjedzie,
policzy sie z Adrienem tak, ze tamten popamieta! Przechodzac korytarzem, spojrzal
w zamysleniu na zamkniete drzwi do gabinetu dyrektora. Juz mial wyjsc i dolaczyc
do grupy, ale nagle sie zawahal. Na parterze nie bylo nikogo! Zatrzymal sie,
goraczkowo cos rozwazal.
Wreszcie podjal decyzje. Skoro nikt mu nie chce pomóc, poradzi sobie
sam.
Zawrócil i na palcach podkradl sie do drzwi. Rzucil szybkie spojrzenie
w strone wyjscia na boisko. Nikt nie nadchodzil. Gdy kladl dlon na klamce, serce
walilo mu jak oszalale.
- Na pewno sa zamkniete – szepnal pod nosem.
Jednak, ku zdumieniu chlopca, drzwi otworzyly sie z latwoscia. W jednej chwili
znalazl sie w srodku i cichutko zamknal je za soba. W glebi serca czul, ze nie
postepuje dobrze. Nie mógl zapomniec o slowach Oliviera: „Bóg
zobaczy. On zna prawde.”
- A co ten Bóg dla mnie zrobil? – mruknal, rozgoryczony.
Biurko bylo otwarte, podobnie jak drzwi. Wysunal szuflade i siegnal po upragniona
koperte. Goraczkowo wyciagnal list i zaczal czytac. W miare, jak czytal kolejne
zdania, jego twarz robila sie coraz bledsza.
„Szanowny Panie,
Odkad ten straszny wypadek zabral mi ukochanego syna i synowa, mam na swiecie
juz tylko Pawla, mojego najdrozszego wnuka. Goraco pragne znów go zobaczyc
i zaopiekowac sie nim, ale, niestety, nie jest to mozliwe. Nie stac mnie na
wychowanie i wyksztalcenie wnuka, nie jestem w stanie zapewnic mu odpowiednich
warunków. Serce mi sie kraje, kiedy pisze te slowa, ale dla dobra Pawla
jestem zmuszona zdecydowac, aby spedzil dziecinstwo we Francji. Jego rodzice
wybrali zycie w tym kraju. Pawel bedzie tam mógl ukonczyc studia, zostac
wyksztalconym czlowiekiem, bedzie mial tez lepsze warunki zycia. Taka byla wola
jego niezyjacych rodziców. Prosze powiedziec Pawlowi, ze jest mi bardzo
drogi i ze ta decyzja ogromnie mnie kosztuje...
Osunal sie na podloge, lzy rozpaczy przeslonily mu ostatnie linijki listu. Lezac
na boku, skulil sie, podciagnal kolana pod brode. Jego palce konwulsyjnie sie
zaciskaly mnac kartke.
- Babciu – lkal – dlaczego mnie nie chcesz?
Slyszal jak chlopcy wracaja z boiska, pokrzykujac „wyyygraliiismy!”
, w korytarzu rozlegl sie glos Oliviera, który wolal go po imieniu. Ale
Pawel nie chcial odpowiedziec, nie chcial juz niczego.
Po chwili w calym budynku nastapilo poruszenie. To Olivier, przestraszony zniknieciem
chlopca, zaalarmowal innych wychowawców i teraz wszyscy go szukali. Kilka
osób wybieglo do parku, nawolujac na cale gardlo. Po pewnym czasie wrzawa
ucichla i w domu znowu zalegla cisza.
Pawel usiadl oparty o sciane. Zastanawial sie jak uciec z tego przekletego miejsca.
Wciskal wlasnie list do kieszeni, kiedy drzwi zaczely sie powoli otwierac.
Moglem sie domyslic! – rzucil Olivier wchodzac.
Popatrzyl na zrozpaczonego, skulonego na podlodze chlopca. Mimo zlosci czul
ogromna ulge, ze znalazl zbiega.
- Nic zes nie zrozumial z tego, co ci mówilem przed chwila? Dlaczego
zwedziles list? Przeciez wiesz, ze zrobiles zle...
- A ty mnie oklamales! – wrzasnal Pawel glosem drzacym od tlumionej zlosci.
– Te twoje historyjki o Bogu sa wyssane z palca! Gdyby naprawde istnial,
rodzicom nic by sie nie stalo, a ja nie trafilbym do tego przekletego domu!
Olivier spojrzal na zaczerwienione oczy chlopca i poczul, ze cala zlosc go opuszcza.
Wyjal mu kartke z reki.
- Nie powinienes byl tego czytac – powiedzial lagodnie.
Szuflada dyrektorskiego biurka byla otwarta, na mahoniowym blacie lezala zielona
koperta. Wychowawca schowal dokument na miejsce i pomógl chlopcu wstac.
- Siadaj w tym fotelu i nie ruszaj sie stad! – polecil tonem nie znoszacym
sprzeciwu.
Wyszedl do parku i dal kilka glosnych sygnalów gwizdkiem. Kiedy pozostali
opiekunowie zaczeli sie schodzic, wyjasnil, ze chlopiec juz sie znalazl i wszystko
jest w porzadku. Potem wrócil do Pawla, który siedzial pod sciana
ze zwieszona glowa.
- Wlasciwie powinienem cie ukarac – zaczal siadajac naprzeciwko chlopca.
- Mozesz, ja i tak mam to w nosie...
- ... i powiadomic dyrektora.
Za cala odpowiedz chlopiec wzruszyl ramionami. Patrzyl nieruchomym wzrokiem
na zachodzace za oknem slonce.
- Ale nie zrobie tego – podjal Olivier po chwili ciszy.
- Doprawdy? A podobno nigdy nie klamiesz – rzucil Pawel zaczepnie.
- To, ze ktos cos przemilczal, najczesciej wcale nie znaczy, ze sklamal. A poza
tym, sadzac po twoich zaplakanych oczach, juz zostales wystarczajaco ukarany.
Prawda?
Pawel nie odpowiedzial. Opiekun wzial go za reke, ale chlopiec wyrwal sie gwaltownie,
jakby ugryzl go waz.
- Nie takiego listu od babci sie spodziewales? - zapytal Olivier.
- Odczep sie od mojej babci – syknal chlopiec przez zacisniete zeby. –
Nie chce o tym mówic. Chce isc spac.